Prawie tylko Mama

02/11/2010


dziecko

Felieton Marii Roszak


Dziś znowu prawdopodobnie nie napiszę ani zdania mojej magisterki. Wszystkie średniowieczne feministki serbskie, które nawet nie wiedziały, że są feministkami (a może i nie były, tylko współczesne przewrażliwione genderowe badaczki nadały im to kontrowersyjne miano), muszą poczekać kolejne kilka, kilkanaście dni na moje zainteresowanie. W chwili obecnej w jego centrum jest przyczyna niespokojnego snu mojego dziecka.


Dziecka, dziecka. Pasuje to do serbskich literackich czeluści jak świni siodło, ale ono też tego nie wie i nie musi wiedzieć. Ja zresztą nigdy nie zamierzam go uświadamiać, niczego wypominać. Jest mi trochę ciężko, czasami, bo studiuję dziennie, próbuję zrobić prawo jazdy, staram się dbać o dom i wciąż pociągać mojego przystojnego męża- a w tym całym wirze moich dziwnych ambicji znajduje się baza – moja nieskończona, totalnie nieprzewidziana miłość do synka. W planach było inaczej – autostopowa podróż do Albanii sprawiła, że na następny rok zaplanowaliśmy sobie Bośnię, ale nie pojechaliśmy, bo okazało się, że czekają nas jeszcze bardziej namiętne przygody – ciąża, poród, opieka nad niemowlęciem- nie ma większego hard core’u, kiedy ma się 22 lata, a w głowie serbską literaturę, autostop, koncerty reggae i zwiedzanie lumpeksów.


Dlatego na początku trochę się buntowałam. Wyznaczony przez lekarza termin- 12 maja – traktowałam jedynie jako koniec koszmaru, zwanego przez niektórych szaleńców stanem błogosławionym, nie docierało do mnie, że ze szpitala, do którego miałam zabrać ręczniki, szlafrok i kapcie (szwagierka mi kazała), wrócę z dodatkowym, welurowo – tetrowym tobołkiem.


Kiedy 10 maja Feliks się urodził i położyli mi go takiego bordowawego na piersiach, żeby sprawdzić, czy ssie, nie patrzałam na niego tylko na brzuch, który nagle stał się całkiem (no, stosowanie na poprodowe warunki) płaski i nie mogłam uwierzyć w swoje szczęście. ,,Nie jestem w ciąży” – szepnęłam uradowana do męża, ale jego, o dziwo, bardziej interesowało dziecko. Ważące 3380 gramów i mierzące 59 centymetrów. Usłyszałam od położnej: ,,długi i chudy, jak tata” i w głowie mojej pojawiła się myśl, że oto dotarł na ziemię nowy człowiek, mający już swoje jakieś tam cechy – i że to mój syn. Ale jeszcze nie było we mnie mamusiowej euforii.


Po dziesięciu dniach od porodu, wróciłam na uczelnię. Nie było to nic, co wspominałabym dobrze- karmiłam tylko piersią, więc musiałam odciągać pokarm, a i tak bywało, że w czasie zajęć mleko zaczynało tryskać jak fontanna. Wkładki laktacyjne- bezcenne. Natomiast, jeśli chodzi o wykładowców, traktowali mnie bardzo ulgowo. Nie kazali mi odrabiać nieobecności (chodziłam na zajęcia do samiutkiego końca, urodziłam w niedzielę, a jeszcze w czwartek poszłam na wykłady), na egzaminie z rosyjskiego musiałam opowiedzieć w kilku zdaniach, co tam u mojego miesięcznego Feliksika, egzaminem z innego przedmiotu okazało się pytanie o płeć mojego potomka i jego imię. Moje bliskie koleżanki traktowały to jako coś oczywistego, ale wiem, że niestety są osoby, które uważają to za jakiegoś rodzaju niesprawiedliwość, bo przecież dziecko to świadoma decyzja, ciąża to nie choroba itd.


Oczywiście – zgadzam się z tym. Przecież wiedziałam, czym może skończyć się seks bez zabezpieczenia i tak też się skończył- nieplanowaną ciążą. Czy jednak niechcianą? Dlaczego w naszym supernowoczesnym i wyedukowanym seksualnie społeczeństwie używa się tylko trzech przymiotników określających ciążę? Zagrożona (,, o kurczę, żal mi Justyny, jest w czwartym miesiącu i musi leżeć cały czas, ja bym oszalała z nudów”- autentyczna wypowiedź ukazująca empatię na miarę człowieka XXI wieku), niechciana i planowana. Czyli nieplanowana nie może być chciana? Ale rozpisałam się nie na temat, który pragnęłam poruszyć.


Otóż podejście ,,masz dziecko, to sobie radź” jest bardzo typowe w dzisiejszych czasach. Obowiązuje model szczupłej mamy, która mimo ciąży i porodu, świetnie wygląda- wtedy to jest normalne, a jeśli mama waży nieco więcej, niż przed, wówczas jest dokumentnie obmawiana: ,,Ale się roztyła po ciąży, przecież może ćwiczyć!” A więc, młoda mama za bardzo ćwiczyć nie może. W sumie powinnam pisać w swoim imieniu – ja, młoda mama, nie mogę ćwiczyć, bo nie mam na to autentycznie czasu, a jeśli znajdzie się chwila, to od razu zasypiam. Na szczęście, dzięki temu, że mam taki zapieprz, dziesięć kilo ukochanej żywej wagi, trzecie pięterko i te sprawy, ważę dokładnie tyle, ile przed ciążą.


Kolejne zarzuty ze strony otoczenia ciężarnej oraz młodej mamy, dotyczą jej wygodnictwa. Jechałam z trzytygodniowym Felciem w chuście do noszenia maluchów w tramwaju, siedząc na krzesełku przeznaczonym dla matki z dzieckiem. Jakaś nie pierwszej młodości, ale też nie zniedołężniała dama, stanęła nade mną i zaczęła mnie terroryzować wzrokiem oraz znaczącymi westchnieniami. Oczywiście nic sobie z tego nie robiłam, na wszelki wypadek odsłoniłam jednak śpiącego synka, żeby wytłumaczyć się ze swojej bezczelności. Gdy tramwaj stanął na moim przystanku, wstałam, by wysiąść, a dama syknęła: ,,dziękuję!” i rozparła się na krześle.


Inna sytuacja, która mnie spotkała, była mniej komiczna. Nie wszystkie tramwaje w Gdańsku są niskopodłogowe. Jechałam jednym z takich wybrakowanych staruszków, sprawując pieczę nad wózkiem z kilkumiesięcznym dzieckiem. Gdy wychodziłam na przystanku, nie znalazła się osoba, która zechciałaby mi pomóc – choć w moim wagonie podróżowały niemal wyłącznie młode kobiety o zdrowym wyglądzie – a skutkiem źle wymierzonej zwrokiem szerokości drzwi, wózek zaklinował się w powietrzu. Tramwaj ruszył z tak otwartymi drzwiami i połową wózka na zewnątrz. W pojeździe nikt się nie ruszył. Do tragedii nie doszło dzięki jakiemuś panu z zewnątrz, który zauważywszy, co się dzieje, nie pozwolił motorniczemu jechać, a mi pomógł wysiąść.


Wygodnictwo to oczywiście także przepychanie się do kasy uprzywilejowanej, z piktogramem wózka dziecięcego – wszystko zależy od kasjerki i współkolejkowiczów. Bywa, że w obawie przed innymi klientami taka biedula rozkłada ręce i każde mi czekać z jedną paczką pampersów i ryczącym dzieckiem w kilometrowej kolejce, a ludzie litują się i mnie przepuszczają, bywa także, że kasjerka mnie woła na początek, a buntują się inni kupujący. Sytuacja, w której idę do kasy uprzywilejowanej, proszę o ulgowe traktowanie i nikt nie zgłasza sprzeciwu, nie zdarzyła się jeszcze nigdy.


Oczywiście nie wszyscy są źli. Gdy byłam w widocznej ciąży, sporadycznie zdarzało się, że nie miałam gdzie usiąść w tramwaju, czy kolejce miejskiej. Ustępowali mi najczęściej młodzi panowie, natomiast prawie nigdy nastolatki, czy osoby po pięćdziesiątce. W sklepach zdarzało się niektórym mnie przepuszczać w kolejce. Zawsze z tego korzystałam z nieukrywaną radością ulgą, bo myślałam o tym, że kilka minut wcześniej usiądę w domu albo napiję się czegoś. Drobne rzeczy- a cieszą. Ciężarną w mieście cieszy puste krzesło w poczekalni do lekarza, brak śniegu utrudniającego chodzenie, szybciej skończone zajęcia na uczelni- bardziej niż kogokolwiek. Wcześniej nie miałam o tym pojęcia, teraz jestem bardziej empatyczna, więcej widzę i słyszę dookoła siebie. I więcej rzeczy mnie denerwuje- np. gdy widzę parę wracającą z zakupów. Dźwigają po równo, z tym, że ona jest w zaawansowanej ciąży i ledwo dyszy. Gdzie tu równość?


Nie czuję się komfortowo także wtedy, kiedy koleżanki z seminarium magisterskiego, tłumaczą się z tego, że na czas nie oddały jakiegoś fragmentu tekstu- ,,Pani doktor, ostatnio nie miałam czasu, bo pracuję”. Nie będę się porównywać z nikim- nie mam czasu na nic, ale mimo tego, że wciąż na to narzekam, oddaję i zaliczam wszystko w terminie, taka jestem wojowniczka!:)


Autorka: Maria Roszak

Źródło: www.fundacjamama.pl



Porozmawiaj na forum...



dodajdo

Polecamy także:

<< Powrót do spisu